2013-10-06-206

Z szablą na czołg!

28 Wrocław Maraton

O swoim debiucie w maratonie Krzysztof Matysiak – Ambasador Herbu Maratonów

Zafascynowany moim debiutanckim startem w zawodach biegowych na odcinku półmaratońskim pomyślałem sobie, jak pewnie nie jeden amator, że wzniośle by było ukończyć w przyszłości, i to niedalekiej, Maraton! Od początku 2009 roku rozpocząłem treningi pod biegi długodystansowe, by właśnie w marcu pobiec I półmaraton a potem kolejne zawody. Lat miałem wtedy 28 lat, a wcześniej mało biegałem, nawet w czasach szkoły nienawidziłem tego sportu! Moja waga wynosiła ponad 100kg i chodziłem na siłownię, bo i też zależało mi na posturze. Tak więc nie miałem predyspozycji do tego, by odpoczywać na mecie obok Kenijczyków, hehe nawet obok osoby zajmującej lokatę pod połową. No ale nie o czas mi chodziło najbardziej, a o sam bieg w sobie.

zdjecie-nr-2

Do Maratonu zapisałem się w 2010 roku. Tak się złożyło, iż termin biegu przypadł na 12 września 2010, czyli na I rzut oka w okrągłą 2 500 rocznica bitwy Greków z Persami pod Maratonem – jaka miała miejsce właśnie 12 września 490 roku p.n.e. Niewielu biegaczy na świecie miało możliwość pobiec w taką datę. Fakt ukończenia w ten dzień Maratonu dodatkowo mnie mobilizował. Od początku 2010 roku trenowałem długie wybiegania i inne akcenty. Mam czasem słomiany zapał i już w czerwcu stwierdziłem, że ten sport to nie dla mnie, odstawiłem ten Maraton. Jednak na 10 dni przed zawodami 28. Wrocław Maraton podjąłem decyzję o starcie. Szalony pomysł po 3 miesiącach bez treningów. Bardzo jednak chciałem w tę rocznicę pobiec… . Z moim szalonym pomysłem podzieliłem się na internetowym forum biegowym, osoby niektóre odradzały, niektóre pisały, że trzymają kciuki, ale nie ukrywały, iż pomysł jest mało poważny. (zdjęcie nr 0) Szalony, bo przecież oprócz przerwy w treningu prawdą było, że nawet podczas ciągu treningowego podczas długich wybiegań wiosennych moja prędkość po 22-25 km spadała do 8 minut…. .

Mimo to stawiłem się na starcie! Dookoła mnóstwo ludzi, spiker wyraża podziw i uznanie dla każdego z nas. Pogoda ciepła, wychodzi powoli za chmur słońce i będzie za 3 godziny już cały czas świecić tego dnia. Mam w głowie jeden cel : dobiec przed upływem regulaminowych 6 godzin i otrzymać dzięki temu pamiątkowy medal z naniesioną 2 500 letnią rocznicą Bitwy pod Maratonem. Ustawiony byłem na strefie 6:00-5.30. Przed tym biegiem wykonałem w ciągu ostatnich dni dwa treningi po 10 km każdy. Ogólnie jednak czułem się optymistycznie.

zdjecie-nr-1

Start! Ludzie dookoła klaszczą, piszczą, super doping! Żałuję, że sprzedałem pulsometr odmierzający dodatkowo trasę, jednak aplikacja w telefonie komórkowym dość dobrze pozwala mi monitorować dystans (foto nr 1). Tylko dystans, bo tak na prawdę nie miałem taktyki na tempo ani puls z braku, jak wspomniałem, pulsometru. Po prostu moja strategia to bieg na czuja, czyli nie za wolno ale i za szybko też nie. Tym sposobem szybko w biegu opuściłem sporą grupę osób z mojej strefy startowej, by po 2-3 km dogonić pacemakera biegnącego na czas zapisany na przywiązanym do niego balonie jako 4h30 minut. Zwolniłem lekko i tak w tej grupie biegłem sobie mijając wrocławskie ulice. Przechodnie ogólnie nastawieni pozytywnie i radośnie. Kierowcy mniej. Jeden przez telefon relacjonował „Biegają z balonikami i śmieją się z poważnych ludzi!” Na 7 km stwierdzam, że ten balon na 4.30 po prostu się wlecze. Wyprzedziłem go niczym taj, jak na redukcji biegu w aucie. Wbiegam po paru minutach na wrocławski Rynek, jednak nie jestem w stanie go podziwiać, nie, nie z braku sił, po prostu jestem skoncentrowany… . Mijam kolejne skrzyżowania na 15 km chcę dojrzeć za sobą pacemakera na 4:30, ale nie ma go w oddali. Mijam zawodnika, który utyka i relacjonuje, iż raczej odpada przez kolano. Mi nic się na razie złego z ciałem nie dzieje i cieszę się z tego. Na półmetek wbiegam z czasem 2 godzin i 13 minut. Na 23 km podjeżdża do mnie na rowerze dziennikarz i pyta o przygotowania jakie czyniłem – nie wiem, czy tą  bolesną  prawdę opublikował :). Zapytał na koniec, czy złamię 4h – skromnie odpowiedziałem, że nie widzę szans, ale w głowie ułańska fantazja rzecze, czemu nie! W tym momencie już na dobre zaczęło świecić słońce, chmury już nie było chyba żadnej. Na 24 km wybiłem sobie z głowy złamanie 4h – pojawia się most, bieg pod tą górkę jest dla mnie pierwszą przeszkodą. Tak jestem zmęczony. Bardzo zmęczony, że prawie idę. Moje zmęczenie spotęgował wyprzedzający mnie pacemaker ….., tak, ten na 4:30. On mnie na tej górce minął dość szybko, jakby skrzydła miał a nie balony! Tak bardzo osłabłem. Pytałem siebie, czy gdybym biegł z nim cały czas tym tempem, to czy miałbym siły na tym odcinku biec nadal jak on. Mija mnie zawodnik, na którego twarzy także widać grymas ze zmęczenia wynikającego tej górki. Wymieniamy się z nim autokrytyką co do własnych przygotowań. Rozgadałem się jeszcze o jakąś kwestię, ale gdy się zorientowałem, że on jest już  dawno przede mną, to z 4 zdania powiedzieć zdążyłem 😉 Od tego odcinka do 30 kilometra mój bieg to walka o niezatrzymywanie się, tempo bardzo niskie. Ludzie na ulicy motywują. Ja wyraźnie słabnę (zdjęcie nr 2). Na 29 km widzę jak jakiś zawodnik przede mną chwyta się za łydkę i rozciąga  na poboczu. Ucieszyłem się bardzo, że nie mam jeszcze takiego stanu. Nie wiem, co tamto miejsce biegu miało w sobie, ale gdy dotarłem w ten punkt, gdzie rozciągał się tamten zawodnik, poczułem silny skurcz lewej łydki. No to rozciągnąłem się i dalej bieg. Skurcz wracał co 400 metrów, a gdy dopadł także me lewe udo, poddałem się. Nie chciałem już dalej biec, za bardzo bolały mięśnie, nie dało się po prostu. Na szczęście mogłem iść szybciej. Wyliczyłem, że tempo chodu jakie mam obecnie, gwarantuje dobiegnięcie – dojście do mety – w czasie poniżej 6h. I dzięki temu nie poddałem się, moim celem było przecież ukończenie tego Maratonu. Miałem dreszcze z zimna, mimo ciepłej pogody i słońca dość mocno grzejącego. Do kolejnych punktów z wodą docierałem jak pustynny włóczęga. Dziwiłem się bardzo, jak to męczenie mnie chodzi… Tak tak miałem takie niesensowne słowa myśli, oczywiście dziwiłem się jak to chodzenie mnie męczy 🙂 Opary spalin z zakorkowanych aut przeciwnego pasa ruchu jakby chciały udusić a ja nie mogłem tego odcinka trasy szybciej niż chodem opuścić…. . Miałem resztki sił ruszyć do truchtu przed większymi skrzyżowaniami, by nie drażnić bardziej kierowców i zatłoczonych ludzi w tramwajach i autobusach – przecież wszyscy czekali jak minę to skrzyżowanie! Na jednym z ostatnich takich miejsc nie mogłem przetruchtać, pamiętam jak wtedy jeden rozwścieczony kierowca wybiegł z auta do policjanta i krzyczał pokazując na mnie palcem „To jest Maraton !?!”. Wstyd mi było, nie miałem nawet sił coś mu odpowiedzieć, ale w sumie co? Wstyd i głowa w dół. Po paru minutach moje morale odbudowuje mężczyzna wyrażający gratulacje, za „podjęcie się takiego wyzwania”. Dla mnie rzeczą naturalną stało się wyprzedzanie mnie przez innych, co miało miejsce w sumie od 24 km. Do mety tuż, tuż. 4, 3, 2 1 km – jestem na ostatniej prostej. Mam, nie wiem skąd, siły na lekki trucht z jakim od 200 metrów wbiegam na metę (zdjęcie nr 3). W sumie  inni wyglądali w okręgu mety nawet gorzej ode mnie 🙂 Czas ukończenia – nie przebiegnięcia ;( – to 5 godzin 37 minut. Za 23 minuty byłbym zdyskwalifikowany.

Tak, tak w okrągłą ,2,5 tysięczna rocznicę bitwy porwałem się z szablą na czołg, ale ukończyłem i medal mam 🙂 (zdjęcie nr 4). Podobno jakiś zawodnik z pierwszej trójki miał oświadczyć, iż zawsze podziwia tych z ostatnich miejsc, bo oni ponad dwa razy dłużej walczą ze zmęczeniem, niż on. Nie uznaję siebie za bohatera, ale jestem zadowolony, że niby prosty cel, ale w aspekcie moich treningów trudny, został osiągnięty.  Jedyny niesmak to fakt, iż nie przebiegłem całej trasy. A-ha, jeszcze jeden niesmak: to nie była równa 2500 rocznica, tylko 2499!!! Błąd matematyczny organizatora, który policzył rok zerowy, a takiego nie było. Można rzecz, oszukany styl – to oszukana rocznica 🙂

Bieg na końcu także jest walką, równie emocjonującą jak w czołówce czy dowolnie innym miejscu tabeli, to magia Maratonu. Jednak by być pewniejszym jego ukończenia, treningi regularne powinny być obowiązkowe jak modlitwa, gdyż może się nie udać dotrwać do mety. W czasach szalonej pogoni za osobistymi, zawodowymi i rodzinnymi obowiązkami szybko mijających dni, niektórym osobom trudno jest znaleźć miejsce na właściwe treningi przedmaratońskie, a jednak w Polsce z roku na rok zauważa się ogromny wzrost startujących – co cieszy!

zdjecie-nr-3

Jeżeli na jakimś Maratonie będę jedynie kibicem, to oszczędzę od początku gardło dla tych z ostatnich miejsc w strefie po 5tej godzinie 🙂 Zresztą nie muszę być kibicem, obecnie jestem w stanie przebiec Maraton i powrócić po kąpieli oraz przebraniu się na strefę mety w tym czasie 🙂

Mój aktualny rekord po trzech Maratonach to 4h 21 minut. Są to już biegi o wiele mądrzejsze taktycznie i przygotowane treningami niż na debiucie, którego nigdy nie zapomnę 🙂