20170122_154128

20170122_154128

 

Moja droga po Herb Maratonów miała dwa etapy. Etap nieświadomy oraz świadomy. Świadomy był bardzo krótkim etapem niewymagającym zbyt wiele energii. Musiałem jedynie odnaleźć na listach swoje ukończone biegi maratońskie jakie wykazałem na wniosku do organizatora. Natomiast droga nieświadoma była długa, bo prawie dwuletnia.

Opiszę teraz drogę nieświadomą. Dlaczego tak ja nazywam? To proste – nie wiedziałem wtedy, że w polskiej rzeczywistości biegowej pojawi się Herb Maratonów. Nie mniej od września 2015 walczyłem świadomie o równie fajne trofeum, jakim jest Korona Maratonów Polskich.

 

26 kwietnia 2015 3. ORLEN WARSAW MARATHON z celem złamania 4h

Start: Ruszam spokojnie, staram się mimo tłoku przypomnieć o swoim tempie 5;41. Dobiegam do 1 km i tam 5:30 z dystansem wskazanym przez Polar 0,91km. Mam nerwy, że albo słupki Orlen są źle rozstawione lub czujnik na bucie mi się przestawił lekko – choć prawa nie miał. Teraz dopiero wiem, że ciut za szybko biegłem po prostu. Ogólnie postanawiam nie zerkać na zegarek zbyt często.  Biegnę, biegnę. Pogoda cudownie się wstrzeliła z chmurami pomiędzy te dwa (sobota i dziś) upalne dni. Myślę, że to spora szansa na mnie, ale w głębi duszy wiem, że źle rozegrałem ostatnie dni przed Maratonem w aspekcie wypoczynku, bo zwiedzałem intensywnie Warszawę. Biegnę. Od 7 km rozpoczyna się duże wzniesienie. Tu zwalniam, znam zasady. Generalnie czuje się średnio. Średnio zmienia się w nietypowo gdy mija mnie zając na 4;00. Lekko przyspieszam i dotrzymuję mu kroku. Życiówkę kiedyś na półmaratonie zrobiłem dzięki temu. Jednak wiem, że całe 42,2 po prostu nie dam rady tym tempem. No nie dam. Odpuszczam. Na 10 km mam tylko 30 sekund straty – więc jeszcze się łudzę. Biegnę dalej. Na 18 km widzę pierwszy nokaut biegacza na poboczu w asyście karetki.  Patrzę na puls – ale to wcześniej, chyba po 12 km a tam 79-80 procent. ZA DUŻO, mam słuszne obawy przed tym dystansem w aspekcie 4h…. Dobiegam do 20 km (Kabaty) i tam wyciągam po raz drugi i OSTATNI kartkę z międzyczasami na tempo pozwalające na 4h. Okazuje się, że mam już 180 sekund straty, czyli 5 razy więcej jak na 10 kilometrze. Kartkę ostatni raz chowam (nie było po drodze kosza) i zwalniam, walczę o 4:15 w myślach i dopiero teraz czuje, że ten bieg sprawia mi przyjemność. Na prawdę. Podglądam teraz dziennik Polar Pro Trainer 5  i widzę, że i tak puls nie spadł zbytnio…. . No ale może psychika w tym momencie wyluzowała, stąd me lepsze samopoczucie. Mijam półmetek, mijam potem Tomasza Lisa nalewającego wodę, obok mnie gość starszy mówi, że nie lubi go, ale się napije wody.  Patrzę na pulsometr a na nim ponad 82 procent hr max. No ja! Zwalniam celowo, by utrzymywać na 82-81 procent. Jest to na długiej drodze rowerowej ulicy Przyczółkowej. Tempo spada do 6:20-6:40. Tragedia. Nie pozwalam sobie jednak na podkręcanie tempa, bo wiem ile jeszcze przede mną km. Wlokę się tak z pulsem średnim 82 hr do 30 km, na nim stwierdzam, że od 32 km ruszę lekko szybciej. Jest to na ulicy Wolickiej na nawrocie. Postanawiam biec na 84-85 hr max. Tempo i tak chyba lekko spada lub stałe. Wyniszczenie. Za niedługi czas wyprzedza mnie zając. Na 35 km mam czas pozwalający ukończyć zawody z 4:17 – czyli 4 minuty zapasu na rekord. Przed 37 km, na ul. Szwoleżerów na wysokości ambasad Japonii i Chin nadszedł krach, odcięcie światła i czucia w rękach. Wiem, że jak będę jeszcze biegł przez 5-15 sekund to nadejdzie i na mnie KO – a karetki często do zawodników jechały… . Przechodzę do marszu i wprowadzam interwał taki, że jak puls spadnie do 71 procent, to biegnę do 80 procent i znów przechodzę do marszu. Z biegiem czasu rezygnuję z górnej granicy 80 procent na rzecz 78, potem 77 procent. Ktoś po mostem Alei Armii Ludowej dopinguje mnie, bym biegł w momencie marszu – odpowiadam żartobliwie, że zamyśliłem się, co wywołuje śmiech części publiki. Jest już 39 km, skurcz łydek zbiega się z poczuciem bezsilności. Interwał trwa nadal i tak w sumie do końca. Ostatnie metry dobiegam z zawodnikiem – debiutantem z Płocka. No cóż, nie smucę się, ale powodu do radości nie mam na mecie. Na 37 km już wiedziałem, że nawet rekordu nie pobiję. Na mecie jestem w czasie 4h31 minut.

 

13 września 2015 33. Wrocław Maraton z celem ukończyć w czasie regulaminowym

Tym biegiem rozpocząłem walkę o Koronę Maratonów Polskich. Nie byłem pozytywnie nastawiony do tego startu – gorączka przed paru dni, lato gorące, kontuzja mięśnia oraz dokuczanie lewego kolana, niewyspanie. To wszystko nie napawało optymizmem, i jeszcze upał na bieg 27 stopni…. . Jechałem do Wrocławia bez radości, podniety etc. Tak o bez koloru.
Start! Czuję się na pierwszych setkach metrów źle, słabo. Słońce daje mocno w kark, które poci się bardzo. Na prawdę mam myśli, że schodzę wracam na start. Ale minął 1,2,3, 7 km i na 8 jakby puściło szare myślenie i lepiej psychicznie się biegło. W sumie ten 8 km to był taki przełom….. . Puls do 10 km utrzymuję na 14X, do 20 km na 15X, a po półmetku ciężko zejść poniżej 160 !!! Przed startem jeszcze wymyśliłem szablon tego startu. Jak będę się czuł źle to od 21,1 km przechodzę do marszu – jak lepiej to do 25 i ani grosza więcej…. . I tak było – 25 km i marsz. Tym biegiem rozpocząłem marsz po Koronę Maratonów i musiałem się oszczędzać na Warszawę jaka nastąpi za 2 tygodnie, gdzie chcę rekord pobić życiowy.
Nie wiem, czy gdybym nie miał Wawy, to ten Wrocek zrobiłbym wiele szybciej. Na prawdę jak szedłem po 25 km miałem mało sił i trochę we łbie się kręciło …. . Na pewno zszedłbym poniżej 5h ale wątpię, czy zbliżyłbym się do4h30 (gorąco).
Co do aspektu ukończenia Maratonu bez ciągłego biegu założyłem  na forum jeden z wielu takich tematów i zostałem zapytany, czy dobrze będę się z tym czuł. Fakt, idąc koło kibiców na tym 25 km czułem się źle, głupio,,,,, . Ale ten mój chód to też było wyzwanie, bo puls tu nie spadał poniżej 145(!), więc to też wyzwanie było do samej mety. Ogólnie jednak nie chcę więcej tak biec, no chyba, że jako zając jakiegoś początkującego …. . Już nie planuję tak blisko siebie Maratonów.
Ogólnie na mecie poczułem jednak radość i euforię jaką powinno dawać bieganie. Kibice na trasie cudni – nie zapomnę małych dzieci w wieku 2-4 latka kibicujące siedząco na krawężniku grzechotkami, śpiewającego pana, różnych zorganizowanych oficjalnych i nieoficjalnych grup dopingu EXTRA WROCŁAW! Na mecie jestem w czasie 5h 16 minut.

 

27 września 2015 37.Maraton Warszawski (cel: rekord życiowy)

Na bieg przybyłem metrem z Ronda ONZ gdzie niedaleko mieszkałem,  spałem w bloku, gdzie kręcono 40 latka trochę. Idąc z metra poprzez stację kolejową mijam aleję głośników z muzą trance jaka tak na sam Stadion prowadzi i sprawia, że mam bojowy nastrój trochę. Przebranie się w koszulkę okolicznościową 37. Maratonu Warszawskiego, zjedzenie banana, wystanie w kolejce do WC no i udanie się na strefę 4:15 z folią termiczną otrzymaną 2 tyg temu na Wrocławskim Maratonie. Cel pierwotny w głowie raczej dawno minął złamania 4h12 (w aspekcie ostatnich słabych treningów) ale pozostał cel pobicia rekordu życiowego 4h21min z 2013 roku z Wrocka. Krótkie oczekiwanie na start i start! Zaczęła pulsować mi na czubku głowa, tak w rytm co upadek stóp. Ciśnienie chyba kurcze. Jakiś inny biegacz później się też żalił na ból głowy, więc sam nie byłem. Na 2 km fajny doping bębnów. Pogoda idealna, no może za duży wiaterek, ale nie, nie zgonię winy żadnej na pogodę – była na życiówkę o czym świadczą bardzo dobre czasy zwycięzców. Na 7 km wyprzedzam zająca na 4:20 i żartobliwie zabraniam mu wyprzedzać mnie, gdyż leci na moją dotychczasową życiówkę. Odstawiłem go na parę kroków, potem niespodziewanie on mnie minął na 9 km chyba – moja myśl tendencyjna LECI ZA SZYBKO. Na 10 km osiągam czas netto 1h 2 min 38 sek co daje mi metę w 4h 25 minut 08 sekund. Zajc biegł jednak dobrze. Na wysokości Stadionu Narodowego rozbawia mnie baner z wizerunkiem Tuska mówiącego, że meta za 1km.  Trafny baner – ale dość polityki. Mijam most nad Wisłą, przy Syrence Warszawskiej, super doping zebranych kibiców. Potem już parę zakrętów i 15 km z czasem dającym metę na 4h25 min 50 sekund, czyli dość równo lecę. Łazienki mijam, wcześniej upadł mi korek od butelki z jaką biegłem, ból się schylać i gubić sekundy na wagę rekordu ha ha. Biegnę swobodnie, zastanawiam się, czy przyspieszyć na 21 czy 25 km i bardziej skłaniam się ku 25… . Na półmetku mam czas dający metę na 4h 28 minut hmmm słabnę, widzę to teraz w tabeli, tam tego jeszcze nie czułem. Chociaż może czułem, bo postanowiłem zjeść żel a miałem to robić na 30 km, ale na 32 km bieganie.pl miało rozdawać żele ha ha, ale wyprzedzając fakty, na mnie już nie było. Za to też w okolicy 21 km były innych kibiców  żele,  więc zapas miałem, bo jeden na expo kupiłem. Ciekawy byłem jak zachowa się Polar GPS G5 na Wisłostradzie. Fajnie. Zasięg zgubił tuż przy wbiegnięciu ale po wybiegnięciu z tunelu (ok 800 metrów) już skorygował dość dobrze dystans. Na równo 25 km wg tablic mam czas do mety dający mi wynik 4h 30 minut. I faktycznie tu dogania mnie zając na 4:30. Myślę sobie, życiówkę na 1/2 zrobiłem z zającem, więc lecę za nim. Zając prowadzi drogą mijamy z przeciwka biegaczy z czasem na 3h z czymś. Zastanawiam się czy jak znajdę się w tym miejscu, to czy będę kogoś mijał. Mało kogo mijałem, ale znów wyprzedzam drogę jak z żelem od biegania.pl. Zając daje hasło. Zjedli!?! Odpowiadamy chórem TAK! Pili? TAK! Siły są?!? TAK! Trzy razy krzyknąłem niczym pies TAK TAK TAK (HAŁ HAŁ HAŁ) i zając od 26 km odleciał mi. Na 27 km pierwszy raz na chwile przechodzę do marszu kilkusekundowego, było pod górkę i o dziwo brak kubków do wody na punkcie, dobrze, że biegłem ciągle z buteleczką 0,5l, było w co nalać. Na 30 km meta obiecana z czasem 4h 35 minut. Na 32 km nie mam żela od bieganie.pl (może nie widziałem), potem koło Stadionu Polonii  Warszawa marsz, w sumie przed nim pod górę, a na 35 km meta już do zdobycia z czasem 4h 40 minut, gdzieś tu musiał mnie minąć zając na 4;40 ale nie widziałem go. Tak jak od 25 km co 5 km meta oddalał się co 5 km o 5 minut, tak teraz między 35 a 40 spadła o 10 minut, na 40 km czas mety prognozowany to 4h 51 minut. Od 35 km w zasadzie więcej już szedłem. Dziwny skurcz pachwiny prawej, odziwo pośladek o którym narzekałem wcześniej nie doskwierał wcale. Dobra, bo się rozpisałem wbiegam na metę z czasem 4h 53 minuty cholernie zmęczony, bez szans na świadomą rozkosz finiszowania na Stadionie Narodowym. Dwa tygodnie odstępu między maratonami mnie zabiło. Tragedia . Ale wróciłem z 4 medalami, mój plus 3 jakie dzień wcześniej na tym Stadionie zdobyły moje kochane dzieci (Mali Bohaterowie Narodowego).

 

3 Kwietnia 2016 43. Maraton Dębno z celem złamania 4h 18 minut

No (tradycyjnie) poległem z celem, lecz na usprawiedliwienie dam pogodę, za ładną pogodę. Po falach zimna i mrozu ponad 20 stopni.  Mi do 24 km słońce dało popalić, potem zaszło – ale nadal było ciepło i asfalt też je emitował. Jechałem na bieg z zawodnikiem z życiówką 2:58 i nie dał on też rady – skończył chyba 3:18. Ten nagły wzrost temperatury nie dał szans organizmowi dostosować się do nowych warunków. Słoneczko mnie nie lubi w zawody. Cóż, do rekordu zabrakło 16 minut ale za to pobiegłem o 17 szybciej niż ostatni Maraton w Warszawie – gdzie warunki pogodowe były idealne. Tak więc może mam się z czego cieszyć.
Miałem tylko jedną chwilową ścianę na 18 km (dość szybko) Niespodziewanie poszło dalej ok. Meta z czasem 4h 36 minut.

 

15 maj 2016    15. Cracovia Maraton z celem dobiec w czasie regulaminowym

Na początek napiszę, że nie spodziewałem się tak dobrej atmosfery oraz organizacji biegu. Nie wiem dlaczego miałem wątpliwości, a wiem – pewnie dlatego, że zakodowałem sobie w łepetynie, że Orlen Warsaw Marathon jest the best. Na prawdę było cudownie, super trasa, super kibice i super organizacja – nic nie brakowało. Jak dali by mi milion PLN za wskazanie negatywów to bym się nie podjął.

Wynik oczywiście nędza jak na taką idealną (prócz wiatru) pogodę. Warunki na życiówkę, tak marzyłem sobie o niej do chwili…… ujrzenia po 5 minutach schodzenia dzień wcześniej na wycieczce w Kopalni Soli Wieliczka wnęki przestrzeni między drewnianymi schodami prowadzącymi głęboko w dół. To była chyba pierwsza w moim życiu wizja nieskończoności a jej wartość podniósł do kwadratu wózek z dzieckiem jaki tachałem – gość z parkingu mówił, że śmiało z wózkiem można tam iść, sa windy …… . Może gość też był zawodnikiem CM i wiedział, że struję i chciał pozbyć się konkurencji. Po tej kopalni sporo się chodziło. łącznie zajęło mi to ok 4h a na dodatek na powierzchni zgubiłem drogę na parking, którego miejsca nie zapamiętałem. Więc, że było już późno (po 21.) biegiem szukałem placu właściwego…. Biegnąc tak czułem już nogi, bo i przed Wieliczką chodziłem też po Wawelu i Runku…. . Łącznię wg nadgarstkowego miernika kroków wyszło na ten dzień 14 km a raczej błędu większego niż 2 km nie ma…… . Ale w sumie co miała rodzinka się nudzić a ja leżeć do góry kopytami? Pamiętam moje nerwy po wyjściu na powierzchnię. Wstyd się przyznać, ale nie wiedziałem (nie doczytałem), że aż tyle po tej kopalni się chodzi. Myślałem, że sprawa jest szybka jak w jaskiniach. Przed pójściem w sobotni sen miałem nawet silne myśli, że nie biegnę, czułem się wyeksploatowany i może i tak było.

Z uwagi na to, że sobotą dałem sobie w kość moje nastawienie na Maraton nie miało żadnego nacisku na wynik. Żadnego. Ogólnie skoro już myśl a walkowerze minęła, jedyny cel to ukończyć go w 6h. Potem (w trakcie biegu) cel urósł do opisu – ukończyć bez zatrzymywanki…. .

Spałem ok 6h. Obudziłem się o 6 rano. Zjadłem makaron i poszedłem z przyjacielem u którego mieliśmy nocleg na tramwaj. Co przystanek dosiadali się kolejni biegacze, atmosfera startu nasilała się. No wiadomo dojechałem na Rynek, przebieram się, WC i zajmuje miejsce w strefie 4:30 mimo deklaracji 4:45-5:00. Nie wiem czemu tak zrobiłem, brak kultury albo jakaś myśl, że jednak coś może ugram. Ba, przecież ma życiówka, to 4h 21 minut – ale to 3 lata temu i lżejszy byłem.

Start! I już meta. Błąd organizatora przy rozłożeniu bramki. Ok mijam START (napis meta). Postanawiam mieć wylewkę na pulsometr, tj na wskazania jego by się nie dołować i nie lękać ewentualnie dużym pulsem – ale opaskę mam do analizy po-startowej. Biegnę tempem takim, które nie każe łamać (walczyć) z ograniczeniami mięśni, pogody, psychiki etc. Tempo swobody. Miałem „przed Wieliczką” zamiar biec na 6;00 ale bałem się z uwagi na opisaną sobotę jak i to, że przecież 1,5 miesiąca temu też ukończyłem Maraton Dębno. Publiczność cudowna. Robią wrażenia bębny co jakiś czas, na I okrążeniu mam plan, że na 2 kółku przy jednych bębnach uderzę sobie w nie dopingując tych za mną – jednak takie żarty po I okrążeniu zostały zjedzone z kopytami przez zmęczenie. Na odcinku przy Wiśle jest indywidualny kibic, klaszcze krzyczy i tak cały bieg – szacunek dla niego, na pewno nie wiele mniej (a może więcej) zmęczył się ode mnie. Na chyba 11 -12 km pod mostem jest jakiś DJ. Muzyka odbijająca się od wnętrza wiaduktu daje kopa tak jak woda wlewana za koszulkę – super sprawa. Na 16 km dubluje mnie Kenijczyk. Tempa chce mu dotrzymać starszy pan z napisem na koszulce Mietek – urwał się tuż za mną – zrezygnował po parunastu sekundach – śmieszne to było, bo i też Mietek miał trochę ciała.  Generalnie wcale nie kontroluję ogólnego czasu biegu bo i wiem, że jestem jednak zbyt silny by nie zmieścić się w 6h a zarazem zbyt słaby by pobić rekord…. . Kontroluję tylko informacyjnie czas każdego ukończonego 1km. Pod koniec maratonu spadam na 7min/km. Na 39-40 km mam jednak siły, bo mijam osoby – mimo, że sam się wlekę. Mam nawet siłę krzyknąć do gościa, który trzyma karton z napisem „moja stara biega szybciej” – krzyknąłem „moja też!”
Czas jaki osiągnąłem na mecie poznałem sobie dopiero po 10 minutach leżenia koło depozytu – zajrzałem bardzo zmęczony potem na pamięć zegarka. Byłem zadowolony  4h 40 minut.

 

9 październik 2016 roku 17. Poznań Maraton

Do POZnania dotarłem o godzinie 17. Znalazłem miejsce parkingowe przy Targach Poznańskich, gdzie znajdowała się cała strefa zawodów. Niedługo potem, po odbiorze pakietów udałem się na makaron (pasta party). Fajnie spotkać kogoś z tego forum. Makaron mi bardzo smakował. Po expo raz przeszedłem, w sumie oszczędzać chciałem nogi. Potem udałem się do miejsca noclegowego w samym Rynku.
Mecz w TV a wcześniej zakupy na kolacje i śniadanie podczas których zupełnie nie miałem pomysłu co włożyć do koszyka….. . Potem zupełnie nie byłem przekonany w jakim stroju wystartować – tu nie chodziło o potrzebę dobrania kolorów ale o odpowiednią na tą pogodę warstwę …. . Coś wybrałem ze swej wielkaśnej torby (oj, było z czego) i po 23. czas na sen – na dobranoc z tabletu puściłem film z trasy, ale na 25 km chyba dałem sobie spokój, ciężka powieka (oj, teraz widzę symbolizm tego 25 km)

Pobudka o 6.20 była. Otworzyłem okno i wychyliłem łeb. Z góry deszcz a z dołu pijani studenci (hostel był na 4. piętrze). Zimno. No cóż, śniadanko to owsiane sucharki z dżemem, banan i wsio. Jeszcze z 20 minut rozważałem inny strój na start, ale pozostała wizja z wieczora – czyli podkoszulka krótka a nad nią dość ciepła koszulka z długim rękawem, spodenki krótkie i wysokie getry (kolana odsłonięte). Bez nakrycia głowy.

Na parking Targów Poznańskich dojechałem po 8.00 . Depozyt wymagał 2 worków na me bagaże. Wstępnie odpuściłem bieg z butelką w ręce, ale jakoś zmieniłem zdanie.

Ostatecznie postanowiłem trzymać się zająca na 4:15. Akurat jak wychodziłem na start zając takowy też szedł – udałem się swoją stroną z tym zającem. Atmosfera na linii startu super. Bardzo fajna. Przede mną ksiądz też biegł – znany z tych poznańskich maratonów. Spiker poleca by każdy ze swym sąsiadem przybił piątkę, więc tak i każdy czyni, piątkę też przybijam z owym księdzem. Na sobie mam pozostałość po Dębno Maraton – folię cieplną. Zdejmuję ją po 1 km, lub szybciej.

Start! Zawisłem za zającem i trudno, wyzbywam się wolności i obchodzi mnie tylko trzymanie mu kroku. Myśli, że on się wlecze a mnie stać na więcej, oczywiście są – lecz w mig tłumione. Tuż od startu wyszło słońce, zrobiło się za ciepło jak na mój ubiór. Niektórzy zdjęli wierzchnie bluzy, koszulki – ja jednak boje się tego, organizator uprzedzał o opcji wychłodzenia organizmu skutkującemu TIME FATAL a słońce nie mogło ciągle świecić, przy tylu chmurach dookoła…. . Leje się ze mnie pot zbyt intensywnie jak na pierwsze km i jak na te jednak wolne chyba tempo …. . Pogoda idealna 8-9 stopni. Co jest !?! Niechcący widzę na ekranie zegarka auto-lap z pulsem – oj za wysoki jak na początek 155 ! Na km chyba 12 jest już 161 też przypadkowo się pojawia info moim oczom! Nie martwię się tym (błąd chyba) i biegnę za zającem. Jest skupienie, objawiające się tym, że z nikim z kibiców małych/starych nie przybijam piątek, nie macham itp. Na 14 km mam wrażenie, że coś męczy mnie ten bieg za zającem, tzn, że może być ciężko tak jeszcze przez 28 km, ale na 24 km, czyli 10 km potem, nie czuje się gorzej i mam dobre myśli. W głowie już układam sobie plan na którym kilometrze podziękować zającowi za pomoc w rekordzie ruszyć dalej (myślałem o 32 lub 40 km). Trasa biegu skręca w lewo wprost na bardzo ciemne chmury deszczowe. Lunęło fatalnie deszczem. Za 5-10 minut melduje sie na ‚Malcie” i tam następuje koniec marzeń. Pierwsze skurcze łydek. Ciężki i płytki oddech. Tuz przed 26 km HR max (co dopiero teraz widzę na komputerze) osiąga 183!!!! Jak jeszcze ze zmęczeniem bym sobie poradził przez kolejne km, tak ze skurczami już nie dało się. To był koniec. Po tym deszczu zmoknięty byłem i wychłodzony – na prawdę wątpiłem, czy w takich warunkach dotrwam nawet spacerkiem do mety!

Gdy przeszedłem do marszu to i też wiedziałem, że rekordu nie będzie 4h21. Rozumiem, dlaczego zawodowcy schodzą z tras jak nie mają szans na premiowane miejsca teraz. Dalsza eksploatacja jest horrorem. Ja musiałem, bo KORONA (i Herb jak teraz wiadomo) czekała, ale przyznam, jakby nie słońce jakie potem co chwilka na chwilkę wychodziło, mógłbym nie dojść z zimna. Nie mogłem biec więcej niż 100 metrów, bo już łapały skurcze silne łydek. Próbowałem interwałem 100+100 – ale na wzniesieniach nie dawałem rady – musiałem iść. Puls jak na spacer bardzo wysoki – 155!!!!!! Totalna porażka!!!!! Za to już przybijałem dzieciom piątki ku ich i mojej radości. Szedłem z uśmiechem na ustach – co ten uśmiech wyrażał – może hasło Nic się nie stało, hej Krzysztof nic się nie stało! Jestem pewny, że puls wysoki to walka organizmu z chłodem….. może mam kiepską gospodarkę cieplną ciała.
I tak spaceruję po Poznaniu i marzę o mecie, nawet bardzo. Bardzo jest zimno! To bez wątpienia niespodziewanie najbardziej bolesny Maraton w mej historii. Dochodzę do zawodnika z okolic Gostynia – atakował 3.25 min, ale poległ jak ja – zresztą wyglądał o wiele gorzej ode mnie, nie miał sił mówić, na Malcie wymiotować miał. No tak, ubrany był bardzo chudo –  w koszulce bez rękawów i spodenki króciutkie. Bardzo był wychłodzony. Towarzyszyłem mu z 2-3 km wcale nie truchtając, ale on już bardzo wysiadł przystanął i potem dalej chyba szedł – oj nie wiem czy dotarł do mety – w pobliżu byli kibice więc pozwoliłem sobie go zostawić, bo jak coś złego by się jednak mu stało to miałby kto zadzwonić po służby – w innym przypadku pozostałbym z nim.

Ok. podjąłem decyzję do powrotu do interwałów 100 metrowych, skurcze nie dawały za wygraną…. . Po drodze kolejne piątki, uśmiechy. Tłumaczę publiczności, że nie biegnę, bo tak bardzo mi się podoba, że chcę jak najpóźniej skończyć ten bieg – co wywołuje śmiechy. Tyle mego sukcesu na trasie.

Z daleka słychać spikera co krzyczy, że jeszcze tylko 300 metrów. Ale te 300 było za 300 gdy doszedłem do jego wysokości. No i wbiegam na niebieski dywan. Przede mną ratownik i ktoś z obsługi podtrzymują starszego ,wykończonego zawodnika zmierzającego do mety. Jestem przed nim dosłownie 1 metr i z szacunku dla niego i sytuacji czekam aż on przede mną przekroczy linię mety.  Jestem w czasie 4h 51 minut.

Nie spodziewałem się porażki już na 26-27 km. Sądziłem, że jak już to będzie 36-37 km. Specjalnie nie zabrałem rodzinki, by móc być wypoczętym a czas i styl jaki osiągnąłem jest o wiele gorszy niż w Cracovia Maraton – gdzie ponad 15 km chodziłem po Rynku i Wieliczce dzień przed startem a tamten bieg mój jednak nie miał skurczy i przerw. Dodatkowo pogoda teraz była podobno idealna na rekord  – nie posłużyła mi…. . Oby to wina mającej 2 tyg wcześniej 3 dniowej choroby.
Ja – Maratony 0-9.

 

Dzięki „nadprogramowemu” maratonowi Orlen Warsaw Marathon nie wchodzącemu w skład Korony Maratonów Polskich zdobyłem odznaczenie Herbu Maratonów. Walka o Herb była najtrudniejsza w Poznaniu – to bardzo dobre dla mnie doświadczenie. Teraz chciałbym powalczyć o Herb Maratonów świadomie – o ile czas i zdrowie pozwoli. Już zatrzymam szukać 3. maratonu w tym roku, by potem pobiec 3 w 2018 ciesząc się dzięki temu za 2 lata drugim odznaczeniem.

Drogę tą rozpoczynam w maju od Maratonu Kołobrzeg.

Krzysztof Matysiak