002

W sobotę (17.02) wzięłam udział w biegu górskim Trójmiejski Ultra Track. Trasa liczyła 68 km, w tym ok. 1700 m przewyższeń. Jednak zanim mogłam stanąć na starcie, musiałam przyjechać do Gdyni. Wyjechałam we czwartek w nocy z Kielc. Podróż pociągiem trwała 8 godzin. Gdy dotarłam na dworzec w Gdyni Głównej, poszłam zostawić rzeczy na nocleg. Po krótkiej drzemce wybrałam się na miasto.Następnie pojechałam do Gdańska po pakiet, który był do odebrania w sklepie biegacza w Galerii Manhattan. W nim znajdował się buff, numer startowy, kilka ulotek i worek na depozyt.

001

Po powrocie do Gdyni zjadłam (tzw. ładowanie węgli) i poszłam spać. W dniu biegu wstałam o 4 rano, zjadłam śniadanie, chwilę odpoczęłam i wyruszyłam na start ok. 6.15. Na miejsce dotarłam ok. 6.40. Przywitałam się z biegaczami i wspólnie ustawiliśmy się na start, który znajdował się przy ul. Tatrzańskiej w Gdyni. Przed startem powiedziałam sobie, że co ma być to będzie. O godzinie 7:00 wystartowaliśmy. Zostały odpalone race, co dało jeszcze fajniejszy klimat. Pierwsze kilometry lekko w górę, a dalsze pagórki. Raz pod górkę, a raz z górki. Wszystko było w porządku. Pierwszy punkt kontrolny znajdował się na 23 km. Dotarłam do niego, wypiłam 2 kubki ciepłej herbatki, wzięłam kilka krakersów i wyruszyłam dalej w drogę. Kolejne kilometry mijały. Na ok. 38 km powoli dopadał mnie kryzys. Akurat dostałam telefon od koleżanki. Przeszłam w marsz i odebrałam. Zapytała się mnie gdzie jestem i jak się czuje. Odpowiedziałam, że dobrze. Chociaż powoli zaczynało się dla mnie piekło. Usłyszałam tylko „dasz radę, pamiętaj o tym”. Spłynęły mi łzy po policzku i pomyślałam „kurcze, oni we mnie wierzą, ja w siebie też, zrobię to!”. Z każdym kolejnym krokiem było coraz gorzej. Około 4 km przed drugim punktem kontrolnym (znajdował się na 46 km) cały czas szłam, ale najgorszy moment dopadł mnie kilkaset metrów przed nim. Zaczęłam płakać. Marzyłam o końcu. Wszystko okropnie bolało. I wtedy zobaczyłam punkt kontrolny. Zaczęłam biec do niego jak tylko mogłam. Byle jak najszybciej. Wypiłam gorącą herbatkę, zjadłam kawałki czekolady, chwilę odpoczęłam i ruszyłam dalej. Zadzwoniłam do koleżanki, że jest dobrze, tylko nogi między udami bolą. Do mety zostały 22 km. Po tym punkcie odzyskałam siły. Czułam się tak dobrze, jakbym dopiero wystartowała. Biegło mi się super. Zobaczyłam, że został 1 km do Rybakówki (ostatni punkt kontrolny) na 58 km. Ucieszyłam się. Na punkcie tradycyjnie gorąca herbatka, kawałki czekolady i oczywiście zupa rybna, która była przepyszna. Zostało 10 km do mety, podobno najtrudniejsze. Ruszyłam dalej z kolegą, poznanym na biegu. Jednak to ostatnie 5 km do mety dały mi w kość. Na tym odcinku znajdowały się strome podbiegi i zbiegi. Zaczęło mnie boleć kolano i nie dawało mi zbiegać. Schodziłam. W pewnym momencie, jak podchodziłam pod górkę, poczułam chwilową blokadę w lewym udzie. Z każdym krokiem coraz bardziej bolało.Później odpuściło.Następnie co chwilę słyszałam, że zostały tylko 2 km do mety. Bardzo się dłużyły. W końcu było słychać odgłosy z mety. Nie mogłam uwierzyć. Biegliśmy coraz szybciej. Kiedy dotarliśmy na metę, dostaliśmy medale i gratulacje.

002

Nadal do mnie to nie dociera, że ja to naprawdę zrobiłam. Przebiegłam 68 km! Pierwszy bieg na tak dużym dystansie. I mimo tego, jak było ciężko, poradziłam sobie. Spełniłam swoje kolejne marzenie.

003