26856214_1687205731338313_489795003_n

Górski Zimowy Maraton Ślężański

13.01.2017r. Sobótka

26829186_1685384538187099_1883987730_o

Tego sobotniego poranka, w ciemności, zimnie i przenikliwym wietrze wyruszyliśmy do Masywu Ślęży, by po raz drugi zmierzyć się z Górskim Zimowym Maratonem Ślężańskim. Tym razem postanowiłem posmakować maratońskiego dystansu, a Edytka pozostała przy połówce.
Przed godziną 8:00 dotarliśmy w rejon OSIR-u, gdzie było już bardzo dużozawodników, a że start maratonu wyznaczony był na godz. 9:00 szybko odebrałem pakiet i do szatni. Niestety, duży tłok, a toaleta dla facetów tylko jedna. Po kilku kolejnych minutach ogonek kolejki opuszcza szatnię i dla spóźnialskich nie wygląda to dobrze. Edytka na luziku przygotowuje się do biegu, bo półmaratończycy ruszają o 10. Ubrany dość ciepło zastanawiam się jeszcze nad kurtką, ale rezygnuje z niej i to jak się okazało było moim poważnym błędem. Po szybkim buziaku opuszczam żonkę, pozostawiając ją w towarzystwie Paulinki i pędzę na start. Przenikliwy wiatr potęguje odczucie zimna. Punktualnie o 9 ruszamy z przed Domu Turysty „Pod Wierzycą” i od początku pod górkę. Jak zawsze ruszam blisko końca stawki i powolutku mijam kolejne osoby. Do podejścia na Skalną Perć stawka na tyle się rozciąga, że bez oczekiwania na swoją kolejkę pokonuję kolejne skalne trudności i po upływie 1 godziny i 14 minut mijam kościół na Ślęży i ruszam w dół do przełęczy Tąpadła. Czuję się dobrze, zbiegam ostrożnie, bo jeszcze wiele kilometrów przede mną. Na przełęczy upragniona ciepła herbatka, wrzucam w siebie żel, ale przy tej temperaturze jest bardzo niesmaczny. W biegach górskich bardzo charakterystyczną rzeczą jest, iż na bufetach traci się orientację ile osób ty wyprzedziłeś, a ile Ciebie. Niektórzy w ogóle się nie zatrzymują, inni robią sobie prawie piknik. Ruszam dalej, wiem, że do kolejnego bufetu na 24 km trasa nie będzie już tak wymagająca, a mimo to staram się oszczędzać siły i nie cisnę na podbiegach. Chwilami biegnę już sam, kiedy docieram do Domu Turysty, odczuwam zmęczenie i robi mi się co raz zimniej. Piję kolejną herbatę, rodzynki, czekolada /twarda jak kamień/, znowu herbata i marszem kieruję się do podejścia na Wieżycę. Nigdy wcześniej tam nie byłem i to co czułem pokonując kolejne fragmenty podejścia wiedzą tylko moje nogi. Będąc na górze wiedziałem już, że będzie mi bardzo trudno dokończyć ten bieg, że nogi będą bardzo bolały, że będą bolały barki, biodra i że będzie mi zimno, bo zostało jeszcze do pokonania 18 km. Niestety co raz częściej wyprzedzali mnie kolejni zawodnicy, z którymi zamieniałem kilka słów, a chwilami z nimi biegłem lub szedłem. Na ostatnim bufecie łapczywie zjadłem cieplutką pomidorówkę i napiłem się herbaty. Nie wiem co mnie mobilizowało do dalszego biegu, dzisiaj mam wrażenie jakby ostatnie kilometry były snem. Pamiętam bardzo strome podejście, parę biegaczy pytającą się o Edytkę oraz Macieja z Agnieszką, a na koniec zawodnika, którego wyprzedziłem na ostatnich metrach.
Na mecie czekał ryż z gulaszem mięsnym, bo wege już zabrakło /a niby nie ma tak dużo wegetarian/ oraz grzaniec.

26853932_1685384511520435_945783254_o
Edytka ukończyła swój bieg w czasie lepszym od zeszłorocznego o ponad 10 minut, mimo, że znowu „zgubiła” się w lesie. A ja, ja wyniosłem niesamowitą lekcję pokory i jestem zadowolony, że ukończyłem swój pierwszy górski maraton.
Organizacyjnie było super, no może poza brakiem większej ilości toalet w szatni.

26855670_2015863258694639_2082439412_n

Roman Waściński – maraton 5:12,31 Open 162/235, M40 69/94
Edyta Waściński – półmaraton 3:45,19 Open 327/337 K40 17/18
Zdj. wyk. Macko Maj, Tomasz Błachowicz